TrzyrazyK

dla Was

W jednym z ostatnich wpisów wspomniałam o fobii małego K. na punkcie gołych stóp….Może troszkę za szumnie to nazwałam ale sprawa kształtuje się następująco. Ogólnie Mały K. w nocy sie  rozkopuje z kołdry czy z kocyka, więc w obawie że zmarznie, szczególnie w zimie kładłam go spać w skarpetkach. Ale po zimowych nocach przyszła pora na ocieplenie stosunków :), i uznałam że teraz w skarpetkach mu jest gorąco a poza tym stopy mu nie odpoczywają po całym dniu…I tu natknęliśmy się na nie lada problem. Mały za żadne skarby skarpetek do spania ściągnąć nie chce…Gdy usuwamy je cichaczem gdy juz śpi, gdy tylko się przebudzi pierwsze o co krzyczy to SKARPETKI <MAMA!!!

To może jeszcze nie zakrawa na fobie, ale już badanie stóp kuzynowi lub kuzynce może mnie już zastanawiać…Na przykład taka sytuacja. Mały K. do kuzyna:

-F. chodź pobawimy się w lekarza, ściągnę ci skarpetki, i pobadam stopy.

Raz tak bardzo chciał pobadać stopy kuzynce, gdy ona nie chciała, chowała się przed nim, że prawie doszło do awantury. Bo im bardziej ona mówiła że nie chce, to on tym bardziej chciał…Moje tłumaczenia że ona nie ma ochoty się bawić na niewiele się zdały.

Wracając do skarpetek, to pierwsze co woła po kąpieli to: „Tata załóż mi skarpetki”. Chociaż teraz i tak jest lepiej niż jeszcze kilka tygodnie temu (ale chyba tylko dzięki naszemu gadaniu że bez skarpetek jest fajnie), gdy nawet nie dał sobie dotknąć palców u stóp bo od razu go bolało. W tej chwili to w ciągu dnia czasami sam ściąga skarpety i grzebie sobie między paluszkami :) Sprawdza czy nie ma „beboków” od skarpetek. No i zdarza mu się chodzić na boso po mieszkaniu :), ale stara się omijać chodniki, stąpa dostojnie tylko po panelach :p

Ha, ale sandałów założyć nie ma szans. Never, zapomnij mama. No chyba, że w skarpetkach… ale nie….no jak, nie będę go tego uczyć. W sandałach bez skarpetek od małego! :)

P.S. Teraz: W pokoju gorąco jak cholera. Śpi odkryty tylko w koszulce i spodenkach. Ale skarpetki na nogach muszą być !

DZIEŃ OJCA

Brak komentarzy

Czy mniej ważny niż Dzień Mamy? Czy ojciec jest mniej ważny w życiu dziecka? Odpowiadam stanowcze nie. Uważam z całą mocą, że tata potrafi stworzyć z dzieckiem tak samo silną więź jak matka, z tą różnicą, że on musi ją od początku wypracowywać a mama ma ją niejako daną na mocy tego że nosi malucha dziewięć miesięcy pod sercem. O tej więzi już nie ma co dyskutować bo nie raz już o tym było. :)

Mężczyzna kształtuje więź z dzieckiem nieraz już jak kobieta jest w ciąży. Tak jak w naszym przypadku, mąż rozmawiał z brzuchem, żartował do niego, ogólnie pamiętam naprawdę miłe momenty. Tak często mówił do synka po imieniu że mimo tego że nie podobało mi się ono, to po porodzie już nie wyobrażałam sobie, że mogłabym mówić do niego inaczej. I pomimo tego, że mąż nie mógł przeciąć pępowiny, to już w trakcie jednego z najcięższych dla mnie przeżyć jakim był poród, wiedziałam że będzie najlepszym tatą jakiego mogłam sobie dla swego dziecka wyobrazić. Do tej pory mam przed oczami obraz jak Duży K. który do chucherek nie należy, trzyma naszego tygodniowego synka przytulonego do gołej klatki piersiowej. Mały tak strasznie wtedy płakał, bo mamusia mądra (puknij się w czoło) najadła się jabłek a karmiła piersią…Moje wyrzuty sumienia i starania męża żeby synuś się uspokoił, chyba dlatego tak mocno to pamiętam.

Mąż zawsze jest gdy go potrzebujemy, nigdy nie odmawia synkowi zabawy, nigdy nie stawia swoich przyjemności ponad czas z dzieckiem. Bycie ojcem go zmieniło, stał się większym realistą, ale nadal umiejącym znaleźć pozytyw każdej sytuacji. Stał się odpowiedzialny ale nadal mocno pozytywnie zakręcony.  Stał się trochę bardziej nerwowy i mniej cierpliwy, ale nadal chcący jak najlepiej i kochający z całego serca. I absolutnie nie wstydzi się tego. Mówi i okazuje uczucia. Mały K. chętniej pójdzie spać z tatą niż z mamą, śniadania i kolacje jada tylko z tatą, w nocy dopytuje o tatę, …i mimo tego że czasami mogłabym czuć się zazdrosna, cieszę się, bo wiem że ich więź zawsze będzie wyjątkowa. Mam nadzieje, że synek nigdy nie będzie się bał opowiedzieć o swoich problemach, bo będzie wiedział że w ojcu zawsze znajdzie oparcie. 

Kochany mężu! DZIĘKUJĘ ŻE JESTEŚ NAJLEPSZYM TATĄ DLA NASZEGO SYNKA <3 

Zawsze chciałam być mamą, która nie krzyczy na swoje dziecko, daje mu miłość niczym nie zmąconą, bez warunków, bez przerwy. Uczącą i wymagającą, kochają i dyscyplinującą. Wszystko we właściwych proporcjach. Internet jest przepełniony stwierdzeniami że mama to najtrudniejszy zawód świata łączący w sobie wszystko inne po kolei. I nie ma studiów w tym kierunku :) Ale pewnie tak jak z wszystkim w naszym życiu -dopóki nie przeżyjesz nie uwierzysz i nie docenisz.

Własnie, bo ile było dni przepełnionych miłością i spokojem, idealnych aż do „rzygania tęczą”. Hmmm, tak naprawdę nie wiele. Bo jesteśmy tylko ludźmi. Mama to też człowiek. który tak normalnie może mieć wszystkiego dość. Nawet własnego dziecka. Największej miłości za którą jest w stanie oddać życie. Tak właśnie tego mam czasami dość. Mam ochotę wyjść, zostawić wszystko i pobyć sama ze sobą i swoimi myślami, nie patrząc czy dziecko płacze czy wyrywa komuś zabawkę czy kogoś uderzy i po raz setny tłumaczyć że tak należy a tego nie wolno robić…Lepiej chyba byłoby wyjść niż krzyknąć, i pokazywać swoją bezsilność. Bo dlaczego on nie słucha jak do niego mówię? Dlaczego nie może wykonać prostego polecenia? Dlaczego robi to czego mu zabroniłam? Dlaczego jest taki uparty?Dlaczego ciągle robi mi na złość? Dlaczego zawsze robi mi na przekór? Te i wiele innych pytań pojawia się w mojej głowie w te dni. Oczywiście gdzieś tam na szarym końcu rozumu jest odpowiedź, że to my rodzice go kształtujemy, my pokazujemy niektóre zachowania, wypowiadamy niektóre stwierdzenia które nie koniecznie chcemy słyszeć od własnego dziecka (dlaczego nie?bo nie., zaraz coś zrobię itp.itd), uczymy szacunku do siebie nawzajem, miłości, ale też jak okazywać złość i gniew. 

Ale przychodzi wieczór, syn ułożony do snu przez ojca. Taki spokojny jak aniołek. Podchodzę do jego łóżeczka i wraca: ta przepełniająca miłość (chociaż myślę że nie odeszła tylko schowała się gdzieś na chwilę), ta wdzięczność że jest, cały i zdrowy, że ja mogę być dla niego…pojawiają sie niesamowite wyrzuty sumienia, co ze mnie za matka, jak moglam tak myslec…

Jednak wiem ze pomimo wszystkich trudnosci i przeciwności chcę to robić- byc dla niego najlepsza mamą jaką potrafię, nie idealną ale najlepsza dla niego!

W szkole podstawowej u nas na osiedlu,  mojej szkole podstawowej :) utworzono oddział przedszkolny. Jako że koszty mniejsze niż w przedszkolu prywatnym, na miejscu no i nie jest ono jeszcze u małego spalone, postanowiłam złożyć papiery. Pierwsza rekrutacja odbyła się w styczniu, ale jako że chciałam aby skończył trzy lata (kwiecień), postanowiłam posłać go od września. Jest jeszcze jeden powód wybrania takiego a nie innego miesiąca. Jego kuzynka-równieśniczka kończy żłobek i również idzie do przedszkola. No i tak z bratową starałyśmy się o miejsce w tym nowym przedszkolu dopiero od września. Druga rekrutacja do końca marca, wyniki dopiero pod koniec kwietnia.

Pilnowałam bardzo, tego terminu. W ten dzień poszłam do szkolnego sekretariatu i poprosiłam o listę dzieci przyjętych po kolejnej rekrutacji.  No i tutaj przysłowiowy ZONK.! Małego K. nie było na liście…Hmmm…a kuzynka była. Więc zapytałam od czego to mogło zależeć…ale po chwili sama sobie odpowiedziałam. Rodzeństwo uczy się w szkole i wogóle, a K. jedynak. No nic, z jednej strony oczywiste, ale dla spokoju zapytałam czy można się odwołać od tej decyzji. Otrzymałam odpowiedź twierdzącą, w terminie 7 dni. No i dobrze nie omieszkam pomyślałam, bo co mi zostało…Trochę mi sie szkoda zrobiło, bo myślałam że jest duża szansa że z kuzynką z którą często się bawi będzie mu łatwiej i może nie będzie tak histeryzował…

Jak pomyślałam tak zrobiłam. Wyskrobałam piękne odwołanie, przetaczając argumenty nie do odrzucenia :). Po pierwsze że rejon, na miejscu. Po drugie że zna dzieci z przedszkola. Po trzecie że na pewno będzie w przyszłości uczniem tej wspaniałej szkoły podstawowej. Po czwarte że zdajemy sobie sprawę jak ważne dla jego przyszłego rozwoju jest wczesne rozpoczęcie edukacji przedszkolnej. Po piąte i ostatnie stan zdrowia i wiek dziadków nie pozwala na sprawowanie im opieki nad małym. No.! Ubierając to w piękne zdania złożone ;) powstało to co powstać miało. Złożyliśmy. Pozostało czekać. Po upływie określonego czasu (nie wiedzieliśmy jakiego, bo oczywiście mąż zanosząc odwołanie nie dopytał) zadzwoniłam do sekretariatu i zapytałam jak wygląda sprawa z tym i z tym. Szczęście sprawiło że była tam obecna Pani wicedyrektor, która była przewodniczącą komisji rekrutacyjnej. Dostałam Panią do telefonu i usłyszałam że jeszcze nie ma rozpatrzenia bo nadal czekają na wszystkie dokumenty od rodziców. Ale że jak będą mieć decyzje to zadzwonią nawet jeśli byłaby odmowna. No to ok. Poczekam, jeden dzień mnie nie zbawi, pomyślałam. Ha, po dwóch godzinach odebrałam telefon od Pani sekretarki, że odwołanie zostało rozpatrzone pozytywnie i proszą mnie żebym się zjawiła podpisać jakieś papierki. Hip, hip huuurrrraaaaaa. UDAŁO SIĘ. Nareszcie coś się udało, bez znajomości!!! Opłacało się zadzwonić i pogadać, bo mysle że to im przyspieszyło trochę decyzje. No a nie mówiłam że argumenty nie do odrzucenia  ;-)

Przy podpisywaniu dokumentów okazało się został przyjęty ze względu na rezygnacje jednego dziecka. :) No to miał szczeście, ha.

P.S.No i teraz to ja już tak łatwo nie odpuszczę Syneczku. Miejsce wywalczone, więc trzeba go będzie bronić :P

Kurcze…trochę mnie tutaj nie było…sama nie wiem dlaczego…może brakowało tzw. weny??? :) A może niewiele ciekawego się działo u nas??? Nie, nie to na pewno to pierwsze :) Bo przecież z rozgadanym trzylatkiem nie może być nudno. kilka przykładowych sytuacji, tekstów z ostatnich kilku miesięcy…

Jesteśmy na placu zabaw Małemu (hmm coraz mniej mi to określenie pasuje) K. zachciało się siku. Biegniemy szybciutko na ubocze w stronę krzaczków. Odsłaniam siusiaka synka, nie zdążyłam go złapać żeby mu pomóc (jakoś sam się do tego nie kwapi..) a tu silny strumień sików już poleciał, no i mówię…

-Tak Ci się chciało siku że trochę posikałeś buty…

-To nic mama, sportowcy tak mają. :):) :lol:

***

Pewnego dnia u teściów, na ogródku. K. ze swoją kuzynką bawią się. Teść nie bardzo lubi jak mu tam coś grzebią lub coś podobnego…Mały K.zwraca się do kuzynki:

-Skoro(!) dziadka nie ma, to możemy pokopać.

***

Kilka sytuacji pokazuje dobitnie że K. ma już swoje wypływające z trzyletniego doświadczenia, zdanie.

-Synku, chodź pójdziemy na plac zabaw.

-Tak, mama zgadzam się, to jest bardzo dobry pomysł. Niech tak będzie.

-ubierzemy sandałki bo jest gorąco.

-Nie nie chce, nie zgadzam się z tym.

Czasami krzyczy, płacze a czasami używa swojego bardzo przekonywującego tonu…

- No co ty mama, nie wiedziałaś..hihi…

-No co ty mama, zapomniałaś..hihi….

-Mama, ale przecież mówiłem że chce, nie chce itd, itp.

Byliśmy ostatnio nad wodą…mały K. w domu nie chciał się przebrać w kąpielówki więc zapakowałam je i butki dopływania do jego plecaczka. Na miejscu mówię że trzeba się przebrać, a on nie. Tłumaczę ja i mąż, zachęcamy że fajnie, że zabawki, że koło czeka…on dalej nie i nie, nie che się rozebrać a co dopiero przebrać…10 minut…, 15 minut, skwar niesamowity, widzę że patrzy na dzieci w wodzie z utęsknieniem, nie rezygnujemy,zachęcamy dalej, „jak się nie przebierzesz nie wejdziesz do wody”…pół godziny…moja cierpliwość się kończy…W końcu zdjęłam mu koszulkę na siłe…krzyk niesamowity…chwilę później chcę wysmarować mleczkiem…znowu darcie…Przegrałam…Wszedł do wody w adidasach, skarpetkach, spodenkach i majtkach. I już zaczął się fajnie bawić w kole do pływania gdy zdjęłam mu buty i skarpetki (jego awersja do gołych stóp to głębsza sprawa :) i temat na osobny post)…Znowu wrzask na szczęście chwilowy. Po pewnym czasie pytam:

-No i dlaczego tak płakałeś i nie chciałeś się przebrać, mama przecież mówiła że będzie fajnie…

-Bo ja nie wiedziałem że tak będzie.

-Ale mama i tata mówili przecież…

-Ale ja, nie wiedziałem.

***

Mały K.bardzo lubi oglądać bajki w telewizji, czasami mam wrażenie że za bardzo. Oczywiście staramy sie żeby nie oglądał ich za dużo, ale ma swoje ulubione animowane opowieści. I tak dzięki niemu, my rodzice, również wracamy do bajek ze swojego dzieciństwa. Bo na szczęście jeszcze, Smerfy, Bolek i Lolek czy Mis Uszatek i Reksio nie straciły na wartości, i spece od telewizji wiedzą o tym…Bajki te nadal bawią i uczą moje dziecko tak jak kiedyś mnie, mojego męża i inne dzieci z „naszych czasów” :)…Co wieczór po kolacji oglądamy dobranockę po której jest czas na czytanie. Później już tylko łóżko i do spania…Gdy przegapimy godzinę 19 i bajkę, jest problem…bo mały „chciał śpiewać Smerfy” :). Można powiedzieć że ta godzina ustawia nam wieczór…przed dobranocka kąpiel „tak żeby zdążyć na Smerfy”.

Z bajek nowszych mały K. uwielbia Cliforda. Ten wielki czerwony pies skradł serce mojego dziecka, tak samo jak małpka George. Chyba ma słabość do bajek o zwierzątkach. :) Wiadomo że najlepsze bajki albo przynajmniej jedne z najlepszych robi Disney. I tak co dzień rano oglądamy Klub Przyjaciół Myszki Miki. Myszka z przyjaciółmi liczy, śpiewa, rozwiązuje zagadki i wciąga do nauki dzieci przed telewizorem. Jej przygody są naprawdę wciągające. Nieraz to nawet ja się zawieszę na tej bajce. Nie wiem jak to się dzieje, ale  gdy myszka powie, żeby coś zrobił on to robi :)Mnie nie zawsze tak słucha…:P Swego czasu oglądał też Scooby-Doo, jednak gdy zaczął się wszystkiego bać, pomyślałam że to może własnie ta animacja jest temu winna. I od tego czasu już nie ma tej bajki w naszym repertuarze. Jednak Mały K. nadal boi się zostać w pokoju sam, chociaż na minutkę mimo że jesteśmy zaraz obok…Zaraz idzie za nami albo woła. Trochę to męczące, nie powiem…Czasami na tapecie jest Tomek i Przyjaciele, Stacyjkowo, Strażak Sam czy Listonosz Pat. Zdarza się, szczególnie rano, gdy chcemy jeszcze chwile pospać, że puścimy bajki a tam Peg i Kot. To bajka dla starszych dzieci, opierająca się na zagadkach matematycznych, a jednak Mały K. ogląda ją z zaciekawieniem…Mnie ona trochę denerwuje, szczególnie tekst Peg „no to teraz mamy naprawdę ogromny problem”, mówiona tonem przerażonym i zatrważającym.

Jednym z głównych problemów jaki widzę po oglądaniu bajek, to przenoszenie z nich tekstów do codziennego życia, takie jakby pyskowanie…Już nie mówiąc że chciałby każdy posiłek jeść przy bajce, robić kupkę przy bajce…aaa szkoda gadać…czasami muszę mu przypominać że ma klocki, że może by się pobawił, że ma autka, że może by się pościgał, itd. itp. Dobrze że są kanały gdzie bajki lecą cały dzień, bo czasami rodzice potrzebują wolnej chwili, jednak niektóre z tych bajek są tak głupie, że nie warto nawet o nich wspominać. Myśle, że dlatego też trzeba kontrolować co ogląda nasze dziecko :)

P.s A co oglądają Wasze dzieci??? Chętnie poczytam :)

Mały K. skończył 33 miesiące. Mówi pełnymi zdaniami, jednak nie wypowiada „er”. Jego ulubionymi zajęciami są kolorowanie lub rysowanie, rozwiązywanie krzyżówek po swojemu, zabawa klockami lego i czytanie a raczej słuchanie bajek. Ale też uwielbia oglądanie bajek w telewizji i filmików w internecie. Umie bawić się sam jednak woli zabawę z kimś. I właśnie odnośnie samodzielności będzie ten wpis.

Nie mogę go tej samodzielności nauczyć. Chodzi mi tutaj głównie o samodzielne jedzenie. Jak był młodszy bardziej się do tego garnął, chciał sam. A teraz „mama pokarm”. Gdzieś po drodze zgubił tę chęć. Możliwe że to trochę moja wina. Może za bardzo chciałam go wyręczać. No i teraz gdy mówię „K. jesz zupkę sam”, on od razu że nie chce. Doszło nawet do tego że nawet kanapki nie zje sam, mówi że nie umie…Raz, gdy chciałam postawić na swoim i postanowiłam go nie karmić to nie zjadł śniadania, w ogóle. Myślę że z samodzielnością w tej dziedzinie będzie najgorzej…Bo próby samodzielnego ubierania są, samodzielnego ściągania spodni i majtusiów i siadania na nocniku też…i idzie mu nie najgorzej…Jednak z jedzeniem jest ciężko, bo nie chce próbować. Musiałam popełnić jakiś błąd, ale najgorsze że nie mam pomysłu jak go zachęcić do jedzenia samemu. Nie chcę go zachęcać a raczej przekupywać bo to raczej nie jest dobra droga. Jeśli już jakimś sposobem weźmie łyżkę do ręki, to musimy czytać albo oglądać bajki, ale to i tak tylko na chwile. Nigdy nie zjadł całej zupy sam. Zaraz jest „mama pokarm”. Rozmowa w trakcie jedzenia też nie wchodzi w grę…no nie wiem jak zachęcić do tego, żeby zjadał cały posiłek sam. Może on jest po prostu trochę za wygodny :)? Bo to nie chodzi o to że nie chce jeść, bo jak siadam z nim i go karmie to zje bez problemu…

Może jeszcze muszę poczekać może potrzebuje czasu. Ale będę konsekwentnie, małymi kroczkami starała się, żeby jadł sam.